O autorze
Odczarowujemy mit ekologów oszołomów, którzy rzekomo lubują się w przykuwaniu do drzew, zajadają korzonkami i chcą cofnąć naszą rozwijającą się cywilizację do epoki kamienia łupanego. Niestrudzenie staramy się pokazywać, że w kampaniach na rzecz ochrony przyrody i człowieka, który jest jej częścią, liczą się przede wszystkim uzasadnione naukowo argumenty, determinacja i odwaga.
Czekamy na dzień, kiedy w Polsce do głosu dojdzie dojrzałe społeczeństwo obywatelskie, a Polki i Polacy przestaną wbijać sobie do głowy, że "się nie da".

Świat odchodzi od węgla pomimo Trumpa. A Polska? Zostaje w tyle

Nocna projekcja na PKiN - Greenpeace krytykuje antyklimatyczną politykę Trumpa (fot. Konrad Konstantynowicz)
Nocna projekcja na PKiN - Greenpeace krytykuje antyklimatyczną politykę Trumpa (fot. Konrad Konstantynowicz)
Energetyka węglowa w Stanach nadal się kurczy, niezależnie od deklaracji Donalda Trumpa. To część szerszego trendu widocznego na świecie. Greenpeace sprawdził, że od 2010 roku ponad jedna czwarta firm, które posiadały lub planowały elektrownię węglową, wycofała się z czarnego biznesu. Szybką transformację energetyczną masowo ogłaszają też miasta, regiony i całe państwa, w tym trzy należące do G7. Polski rząd, szykując obywatelom “abonament węglowy”, zarządza całą wstecz - pisze Marek Józefiak z Greenpeace.

Raport „Globalna zmiana” wydany dzisiaj przez Greenpeace i CoalSwarm pokazuje wyraźnie: odwrót od węgla w Stanach Zjednoczonych postępuje, pomimo pro-węglowej ofensywy administracji prezydenta Donalda Trumpa. W 2016 roku w USA ogłoszono wyłączenie kolejnych 54 bloków na węgiel – to mniej więcej tyle, co cała moc energetyki węglowej Hiszpanii. Łącznie od 2010 roku zamknięto w Stanach 47 GW mocy węglowych (to ekwiwalent ponad 90 dużych bloków energetycznych), a także ogłoszono plan wyłączenia kolejnych 114,5 GW.



Jak czytamy w raporcie „Globalna zmiana” odejście od węgla ogłosiły m.in. stany Kalifornia, Oregon, Nowy Jork i Massachusetts. Podobne ruchy wykonały też trzy państwa należące do G7 oraz osiem państw członkowskich Unii Europejskiej. Jednak to, co najbardziej napawa optymizmem w kontekście uniknięcia katastrofalnych zmian klimatu to zmiana paradygmatu energetyki u azjatyckich gigantów: w Chinach i Indiach. Oba państwa, które do niedawna na potęgę inwestowały w węgiel, za priorytetowy kierunek przyjęły rozwój odnawialnych źródeł energii.

Minister energii Indii ogłosił ostatnio na Twitterze: „przekroczyliśmy barierę 10 GW zainstalowanej mocy w fotowoltaice, w ciągu kolejnych 15 miesięcy osiągniemy 20 GW, a do 2022 roku 100 GW”. Dodatkowo, budowa 13 indyjskich elektrowni węglowych została wstrzymana z powodu braku finansowania. Instytucje finansowe wolą bowiem postawić na elektrownie słoneczne. Łączny rozmiar dezinwestycji, czyli kapitału, którego nie zainwestowano lub który wycofano z sektora węglowego na świecie, wyniósł w ostatnich latach ponad 430 miliardów dolarów.

To wszystko nie wydarzyłoby się bez obniżki kosztów zielonej energii. Co rusz na aukcjach odnotowywane są nowe, rekordowo niskie ceny energii słonecznej, od Indii, przez Zjednoczone Emiraty Arabskie, po Chile i Kalifornię. Koszty produkcji energii spadają wyraźnie również w energetyce wiatrowej, dzięki czemu morskie farmy wiatrowe są dziś tańsze od elektrowni atomowych.

Czy możemy zatem przestać się martwić i mieć nadzieję, że cel porozumienia paryskiego – ograniczenie wzrostu temperatur na świecie do 1,5, a maksymalnie do 2 stopni Celsjusza – jest osiągalny? Niestety nie. Warunkiem koniecznym, by tak się stało jest jak najszybsze zrezygnowanie ze spalania paliw kopalnych przez wszystkie państwa OECD, do których należy również Polska.

Polska: “abonament węglowy”

Tymczasem Polska pozostaje liderem niechlubnego rankingu państw europejskich, które – wbrew ekonomicznym trendom i nie zważając na zmiany klimatu – nadal inwestują w węgiel. I te inwestycje są niezwykle hojne. Trwają budowy elektrowni w Opolu, Kozienicach, Jaworznie i Bogatyni. Te elektrownie zostaną ukończone w najbliższych dwóch-trzech latach i są zaprojektowane na 35 lat działania. Minister energii Krzysztof Tchórzewski ma apetyt na kolejne, w tym nowy blok w Ostrołęce. Spółki energetyczne – pomimo protestów mieszkańców – nie ustają w staraniach o budowę kolejnych odkrywek węgla brunatnego, mających przedłużyć życie tego najbrudniejszego z paliw, z którego dziś produkujemy ok. 30 proc. prądu.

Budowa nowych elektrowni jest nieopłacalna, dlatego rząd chce wprowadzić nowy mechanizm – tzw. rynek mocy, który do 2030 roku przetransferuje dziesiątki miliardów złotych z naszych kieszeni prosto do brudnej energetyki. Temat rynku mocy (czyli wprowadzenia opłaty nazwanej już przez część ekspertów „abonamentem węglowym”, a przez UOKiK - “parapodatkiem”) nie jest na razie przedmiotem debaty, choć Sejm zajmie się projektem ustawy na najbliższym posiedzeniu. Eksperci mówią wyraźnie: polska energetyka powinna się zmieniać w kierunku czystych technologii i rozproszonej produkcji energii. Tymczasem rynek mocy może zabetonować polską energetykę na dziesięciolecia. Jego wprowadzenie utrwali oligopol spółek energetycznych i spowolni transformację, która mogłaby się wydarzyć, gdyby rząd postanowił kierować się interesem społeczeństwa, a nie spółek energetycznych.

Dotychczas dotowaliśmy węgiel na różne sposoby; umarzając długi spółek górniczych, realizując kolejne transze dokapitalizowania czy też poprzez dopłaty do emerytur górniczych. Teraz rząd chce przeforsować kolejny mechanizm wsparcia. Tymczasem jak wynika z analiz ekspertów think-tanku WiseEuropa w raporcie „Ukryty rachunek za węgiel 2017” w kolejnych latach nasze dopłaty do sektora węglowego wzrosną z obecnych 8 do 11 miliardów złotych rocznie, czyli o co najmniej 30%.

Polskie elektrownie, rosyjski węgiel?

W debacie publicznej o przyszłości polskiej energetyki nikt nie kwestionuje już konieczności dywersyfikacji źródeł energii. Problemy zaczynają się przy próbie odpowiedzi na pytanie, jak szybko odchodzić od węgla. Minister Tchórzewski chciałby widzieć 50 proc. udziału węgla w 2050 roku. Perspektywa ta jest nie tylko mało realna, ale i bardzo niebezpieczna. W takim scenariuszu, przy powolnej transformacji energetycznej, Polska uzależni się od importu węgla, najpewniej ze Wschodu – gdyż tamtejszy surowiec jest tani i łatwo dostępny. Ten trend jest widoczny już dzisiaj: od stycznia do lipca tego roku import węgla do Polski wzrósł o 30 proc. – informowała niedawno „Rzeczpospolita”. 65 proc. importowanego do nas węgla pochodzi z Rosji.

Szybsza transformacja energetyki jest Polsce potrzebna i jak najbardziej możliwa. Think-tank Forum Energii opublikował we wrześniu raport przedstawiający cztery scenariusze dla polskiej energetyki do 2050 roku. Od najbardziej progresywnego, zakładającego szybkie odejście od węgla i dynamiczny rozwój OZE, po konserwatywny – węglowy. Co ciekawe, sumaryczne koszty wszystkich scenariuszy są podobne. Zasadnicza różnica jest taka, że w scenariuszu progresywnym unikniemy katastrofalnych zmian klimatu, które dotkną również nasz kraj - w postaci długich suszy, uciążliwych upałów i częstszych klęsk żywiołowych, takich jakie ostatnio doświadczyliśmy w Borach Tucholskich. Nie jesteśmy samotną wyspą. Zmiany klimatu dotkną też naszych dzieci i wnuków. Nasi rządzący powinni o tym pamiętać, podejmując decyzje o przyszłości naszej energetyki.
Trwa ładowanie komentarzy...